Jest to szczegółowy zapis naszej podróży do USA, w środku której ogłoszony został stan epidemii. Zawiera dużo wskazówek praktycznych, przykładowe ceny, ale jest też odzwierciedleniem naszych uczuć, które zmieniały się jak w kalejdoskopie. Z racji tego, że wydarzenia globalne były bardzo gorące, miało to wpływ na cały wyjazd, który był połączeniem przygody, thrillera, komedii oraz filmu katastroficznego. Podanie cen w artykule ma na celu pokazanie, z jakimi kosztami trzeba się liczyć, jeżeli marzycie o swojej podróży za ocean.

PLANOWANIE PODRÓŻY DO USA

Kiedy w latach 90 ubiegłego stulecia mogłem usiąść na kanapie i usłyszeć prosto z telewizora „Hej, hej, tu NBA!” wiedziałem, że nadszedł ten wyjątkowy czas, w którym będę mógł dotknąć marzeń. Teledyski na Vivie i MTV potęgowały moje myśli o znalezieniu się za oceanem i zobaczenia jak tam jest. Drzemało to we mnie przez wiele lat. A rozbudziło się w momencie zniesienia wiz dla Polaków pod koniec 2019 roku. To chyba teraz, zacznijmy planować nasz wyjazd!

Ci, co mnie znają, to wiedzą, że jestem w gorącej wodzie kąpany, więc planowania jako tako nie było. Byłem po lekturze kilku przewodników po Stanach Zjednoczonych, z zapartym tchem przeczytałem wszystkie książki ekipy Busem przez Świat, która podczas swojej pierwszej podróży do USA, przeznaczała 8 dolarów na osobę dziennie. Miałem takie wewnętrzne przekonanie (nie wiem z czego ono wynikało), że Stany Zjednoczone to kraj miodem i mlekiem płynącym, gdzie życie jest bardzo tanie i można tam zdziałać wszystko!

Gdy tylko dowiedziałem się w połowie stycznia 2020 o promocji PLL LOT o biletach bezpośrednich z Warszawy do Miami, w cenie 2000 zł od osoby z bagażami w dwie strony, to praktycznie w ciągu 30 minut zakupiłem bilety przy użyciu mojej karty kredytowej. Zaraz po tym przyszedł czas na wypełnienie wniosku ESTA, które zostały rozpatrzone bardzo szybko. Koszt naszych wniosków wyniósł 220 zł za 4 osoby.

Następnie zapisałem się na kilka grup podróżniczych na facebooku i czytając o doświadczeniach innych osób, nakreśliłem w głowie, a potem na papierze, nasz plan podróży. Rozpoczynała się ona 06.03 naszym wyjazdem do Warszawy, gdzie postanowiliśmy spędził nocleg w Hotelu Novotel Airport w cenie 233 zł z parkingiem. Chcieliśmy być maksymalnie wypoczęci, dlatego woleliśmy przybyć do stolicy dzień wcześniej, dlatego również zdecydowaliśmy się na lot bezpośredni do Miami, aby jak najszybciej tam dotrzeć, dlatego też wybraliśmy hotel w Miami położony 1.5 mili od lotniska, aby jak najszybciej się w nim znaleźć i jak najmniej odczuć jet lag. Nasz powrót z florydzkiego lotniska miał się odbyć 18.03, z lądowaniem w Warszawie 19.03. Tak wyglądał plan. A plany jak wiecie, najczęściej się nie sprawdzają 🙂

Na cały okres pobytu za granicą, postanowiliśmy zostawić nasz samochód na Parkingu Lider, nie opodal Okęcia w cenie 93 zł za cały okres. Wcześniej jeszcze wykupiliśmy ubezpieczenie podróżne w firmie Warta na kwotę 650000 zł na każdego członka rodziny, w cenie 760 zł za naszą czwórkę.

LOT DO MIAMI 07.03

Wylot naszego dreamlinera planowany był na godzinę 12:05 i faktycznie udało się wystartować o tej godzinie. Taki samolot robi wrażenie, każdy z nas miał do dyspozycji swój multimedialny ekran, na którym można było posłuchać muzyki, obejrzeć najnowsze filmy ( w tym Jojo Rabbit, Parasite, Na noże itd.) 

Dreamliner – nie ma czasu na nudę

Na pokładzie zjedliśmy obiad, który był w cenie biletu. Nasza podróż miała trwać około 11 godzin. W drugiej części filmu Parasite, po jakiś dwóch godzinach w powietrzu, usłyszeliśmy komunikat głosowy od pilota: „Szanowni Państwo! W związku z usterką zaobserwowaną w naszym samolocie, jesteśmy zmuszeni zawrócić w tej chwili do Warszawy, gdzie zostanie dla Państwa podstawiony nowy samolot, którym będziecie Państwo kontynuowali podróż do miejsca docelowego.”

Czy ja dobrze usłyszałem? Chyba tak, bo w samolocie zrobił się niezły młyn i każdy na głos zaczął komentować i ochoczo rozmawiać ze współtowarzyszami podróży. Dwie godziny już minęły, kolejne dwie trzeba wracać i nie wiadomo jak długo trzeba będzie czekać na kolejny samolot. Koło Agnieszki siedział ojciec naszego pilota, który od kilku lat zawsze lata z synem i powiedział, że pierwszy raz spotyka go taka sytuacja. Powiedział również, że samolot będzie musiał jeszcze zrzucić paliwo, bo jest za ciężki aby wylądować. No trudno, staraliśmy się nie denerwować i myśleliśmy pozytywnie, mają nadzieję, że owa usterka pozwoli nam bezpiecznie wylądować na lotnisku Chopena. Około 16:30 znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. PLL LOT zaprosił nas na darmowe kanapki i wodę. Na telewizorach pojawił się komunikat, że kolejny samolot wystartuje o godzinie 18:05.

DRUGI LOT DO MIAMI 07.03

Przed 19:00 drugi dreamliner wystartował. W międzyczasie zacząłem badać temat ewentualnego odszkodowania za opóźniony lot. Nie po to dokonałem wszelkich starań, aby nasza podróż przebiegła jak najbardziej sprawnie i była jak najkrótsza, żeby ten temat odpuścić łatwo. W przypadku lotów międzykontynentalnych opóźnionych o ponad 4 godziny, przysługuje Ci prawo do odszkodowania w wysokości maksymalnej do 600 EUR lub zwrot pieniędzy za bilet.

Na lotnisku w Miami, tuż po godzinie 23:00 lokalnego czasu, przyszedł czas na odprawę z urzędnikiem. W kolejce staliśmy około 45 minut. Przed okienkiem stały banery informujące, że wwożenie owoców, warzyw oraz mięsa jest zabronione. Urzędnik, który okazał się policjantem, zadał nam kilka pytań: Ile mamy pieniędzy, czym zajmujemy się w Polsce, czy w ciągu ostatnich 14 dni byliśmy za granicą? Czy spotkaliśmy się z osobą, która była chora? Dla nas znających język angielski, odpowiedzi nie były trudne, ale kilka osób przed nami, które niestety nie władały obcym dialektem, czuło się zestresowanym. Wszyscy jednak zostali przepuszczeni na teren Stanów Zjednoczonych, z miłym pozdrowieniem: „Have a nice stay in United States!”

Po odebraniu bagaży i udaniu się do wyjścia, zdaliśmy sobie sprawę, że nie możemy skorzystać z shuttle bus, który był zapewniony przez nasz hotel, ponieważ kursował on tylko do godziny 23:00. Kiedy usłyszeliśmy „taxi, taxi!”, zdecydowaliśmy się skorzystać z usługi nieoznaczonego taksówkarza, który zawiózł nas wspomniane wcześniej 1.5 mili i skasował za to 20 dolarów.

DZIEŃ PIERWSZY 08.03 (LITTLE HAVANA, WYNWOOD, DOWNTOWN)

Nasz hotel to Hampton Inn Miami East Airport, za który zapłaciliśmy 552 dolary za 3 noce ze śniadaniami. Bardzo fajny, nowoczesny hotel, z wygodnymi łóżkami i pachnącą pościelą. Rano udaliśmy się na śniadanie. Dzieci były bardzo zadowolone, kiedy zobaczyły maszynę do robienia gofrów. Ja zauważyłem za to, że jedyne co mogę skonsumować to tosty, posmarowane serkiem Philadephia i sałatka z owoców. Dla osób mocniej zainteresowanych serwowaniem śniadań w USA, od razu powiem, że ani razu nie było żadnych warzyw do wyboru, szynki, ani nie było możliwości zrobienia sobie herbaty.

Na śniadaniu wpadliśmy na pomysł, że rozpoczniemy zwiedzanie słonecznego miasta, korzystając z autobusów Hop on, hop off, których działanie znaliśmy już z Londynu. Bilet dwudniowy dla czterech osób, dodatkowo z rejsem statkiem po oceanie, kosztował nas 208 dolarów za cztery osoby. Oszczędziliśmy około 50 dolarów, decydując się na zakup przez internet. Aplikacja Big Bus Tours wskazywała, że najbliższy przystanek położony jest od naszego hotelu jakieś 3.5 mili. Nasza rodzina bardzo lubi spacerować, więc zdecydowaliśmy się na prawie dwugodzinny spacer do dzielnicy Little Havana. Oczywiście, to był błąd. Okazało się, że nasz spacer prowadził przez tereny przemysłowe, gdzie prawie każda firma zajmowała się mieleniem metalu na części pierwsze, chodników brak, a krajobrazu do podziwiania żadnego. Resztkami sił dotarliśmy do uroczej dzielnicy, w której można poczuć się jak na Kubie, gdzie mieszkańcami są wyłącznie latynosi. Zanim nadjechał autobus z otwartym dachem, udaliśmy się jeszcze do Mcdonalda, który o dziwo, zaskoczył nas czystością. Za dwie kawy i dwa lody zapłaciliśmy 13 dolarów.

Little Havana – poczuj się jak na Kubie
Little Havana

Tego dnia pogoda była taka sobie, lekko kropiło, było około 20 stopni Celsjusza, ale też wietrznie. W otwartym autobusie prawie urywało głowę. Postanowiliśmy nie wysiadać przy Miami Beach, ponieważ tam mieliśmy zabukowane trzy ostatnie noclegi i woleliśmy pozwiedzać atrakcje, których być może nie będziemy mieć już okazji z bliska zobaczyć. Na pierwszy ogień wzięliśmy Wynwood, czyli dzielnicę tętniącą życiem dzielnicę artystów, gdzie prawie każdy budynek miał swoją malowniczą historię, pełno było galerii i wystaw, a także ciekawych samochodów. Samo zobaczcie:

Wynwood
Wynwood
Wynwood

Następnie udaliśmy się centrum Miami. O godzinie 15:30 miał się odbyć mecz pomiędzy Los Angeles Lakers i Los Angeles Clippers. Nie wyobrażałem sobie go nie zobaczyć, pijąc piwo w amerykańskim barze. Za nawigację służył na drugi telefon, do którego włożyłem kartę SIM z 12 GB internetu, którą zakupiłem jeszcze w Polsce, za pośrednictwem strony www.simglob.com, w cenie 250 zł. To rozwiązanie sprawdziło się znakomicie. Na bieżąco mogliśmy korzystać z neta, nie zważając na to czy jest WIFI w pobliżu, czy go nie ma. Notabene, punktów z dostępem do WIFI jest mnóstwo (przynajmniej na Florydzie), więc gdybym miał decydować drugi raz, to zapewne kupiłbym taką kartę SIM z mniejszą ilością GB na koncie.

Na mecz udaliśmy się do baru Black Market (https://blackmarketmia.com/menu/) Wielki ekran i około 10 innych telewizorów, pozwalało na swobodne oglądanie meczu, niezależnie od miejsca, które zajmiesz. Jednakże, najtańsze piwo kosztowało 6 dolarów i w sumie za trzy piwo i kila przekąsek zapłaciliśmy 58 dolarów. Lakersi wygrali, to najważniejsze!

Autobusem wróciliśmy do Little Havana, a stamtąd korzystając z aplikacji Lyft, która jest odpowiednikiem Ubera, pojechaliśmy do naszego hotelu płacąc taksówkarzowi 11 dolarów.

Aplikacja Lyft jest bardzo fajnym rozwiązaniem. Czas oczekiwania na auto nie wyniósł nigdy więcej niż dwie minuty. Ceny nie są wygórowane, natomiast możecie mieć problem z komunikacją w języku angielskim. Bo tak jest właśnie w Miami, że jest to rejon, gdzie język hiszpański jest bardziej popularny niż angielski.

W hotelu skontaktowałem się z firmą Aircompensa, której wystawiłem pełnomocnictwo do reprezentowania nas przeciwko PLL Lot w związku z opóźnieniem samolotu. (https://aircompensa.com/)

DZIEŃ DRUGI 09.03 ( REJS STATKIEM, SOUTH BEACH, BAYSIDE MARKETPLACE)

Nie mogliśmy się do końca przestawić godzinowo, chodziliśmy więc spać około godziny 21:00 czasu lokalnego, a wstawaliśmy krótko przed godziną 6:00 rano. Najczęściej przed godziną 8:00 byliśmy już gotowi eksplorować kolejne zakątki Miami, ale musieliśmy czekać na otwarcie atrakcji 😊. Pierwszy autobus hop on, hop off startował z Little Havana o godzinie 10:26, więc mieliśmy z rana trochę więcej czasu niż potrzebowaliśmy. Nasz drugi dzień rozpoczęliśmy od rejsu stateczkiem wokół wysepek położonych przy Miami i przy samym wybrzeżu największego Miasta „sunshine state”. Bardzo ciekawe doświadczenie. Nasz przewodnik opowiadał interesujące historie na przemian w języku angielskim i hiszpańskim. Mieliśmy okazję zobaczyć z perspektywy pokładu były dom Julio Iglesiasa, obecny dom Puff Daddy’iego czy Glorii Estefan. Dowiedzieliśmy się, że średnio te domy kosztują 24 miliony dolarów. Po drodze minęliśmy kilka ogromnych statków typu cruise.

Wieżowce w Miami
Norwegian Encore – cruise line
Trwa ładowanie suwnicą kontenerów

Po rejsie pospacerowaliśmy trochę po okolicy portu, bardzo chcieliśmy zobaczyć z bliska halę Miami Heat, odwiedziliśmy również sklep stacjonarny tej koszykarskiej drużyny.

American Airlines Arena

W końcu nadszedł czas, aby zobaczyć z bliska South Beach Miami, czyli najbardziej rozrywkową część miasta. Piękne plaże, mnóstwo ludzi, unoszący się wszędzie zapach marihuany w powietrzu, wszechobecna Policja…czuliśmy się, jakbyśmy byli na jakimś kampusie. Przy wejściu na plażę, zostaliśmy skontrolowani przez policjanta, który szukał u nas alkoholu i marihuany. Potem dowiedzieliśmy się, że akurat jest Spring Break, czyli przerwa studencka i dlatego taki natłok młodych ludzi pojawił się w najbardziej rozrywkowej części Miami.

Miami Beach

Końcówka dnia spędziliśmy stojąc w korku, próbując wydostać się z Miami Beach w stronę naszego hotelu. Zmęczeni, lecz bardzo szczęśliwi dotarliśmy w końcu rejon naszego tymczasowego miejsca zamieszkania.

DZIEŃ TRZECI 10.03 (PALM BEACH, COCOA BEACH)

Tak jak wspomniałem wcześniej, nasza podróż była zaplanowana. Tego dnia, mieliśmy wypożyczyć auto z lotniska, pojechać nim do Palm Beach, a następnie do hotelu na Cocoa Beach.

Z samego rana, zamówiłem taksówkę z Lyft, aby podwiozła mnie na lotnisko, gdzie miałem wypożyczyć auto z firmy Alamo na cały kolejny tydzień. Wypożyczenie auta ze wszystkimi możliwymi dodatkami, zabezpieczającymi mnie w razie uszkodzenia auta, miało mnie kosztować 331 dolarów, za auto typu Ford Focus lub podobne.

O godzinie 8:30 podjechała Gloria, Pani w podeszłym wieku, która nie umiała mówić po angielsku wcale. W milczeniu więc jechaliśmy całą drogę, która notabene miała trwać 6 minut. Niestety, Gloria nie potrafiła sobie poradzić z wyzwaniem i na lotnisku byliśmy po 50 minutach! Dobrze, że nie śpieszyliśmy się na samolot, bo chyba bym zaliczył zgon w tym samochodzie z nerwów.

W Alamo spotkała mnie bardzo miła niespodzianka, ponieważ mogłem wybrać jakikolwiek samochód, który stał w alejce nr 2. A były tam Hyundai Elantry, VW Jetty oraz jeden siedmiomiejscowy i olbrzymi Dodge Caravan. Byłem przekonany, że ten Dodge został tam omyłkowy postawiony, więc poszedłem do okienka się dopytać. Ale nie, wszystko w porządku. Zatem wybór padł na Dodge’a!

„Nasz” Dodge Caravan

Ruszyliśmy nim w stronę północnej Florydy, a dokładnie naszym celem było Palm Beach. Owszem, stały tam piękne domy, jednakże mocny wiatr i deszcz uniemożliwił nam bliższe zwiedzanie okolicy, a tym bardziej plaży. Nie przejęliśmy się tym niepowodzeniem i postanowiliśmy namierzyć Walmarta, czyli jeden z największych sklepów, gdzie można kupić wszystko. Jak się okazało prawie wszystko, bo butelki Whiskey nie znalazłem. Okazuje się, w Stanach alkohol grubszego kalibru kupuje się w tak zwanych Liquor store. W Walmarcie kupiliśmy kilka pierdół, trochę chipsów, zapas wody mineralnej, owoce i rachunek przekroczył 70 dolarów.

Cocoa Beach

Mieliśmy około 140 mil do naszego miejsca docelowego, więc ruszyliśmy w dalszą trasę. Popołudniem zameldowaliśmy się w La Quinta Inn by Wyndham Cocoa Beach-Port Canaveral, niewielkim hoteliku założonym przez byłych amerykańskich astronautów. Cocoa Beach to raj dla surferów, w końcu poczuliśmy taką prawdziwą Amerykę, luz, ogromne przestrzenie i wakacyjny nastrój.

Obok naszego hotelu, odkryliśmy Dunkin ‘Donuts, czyli sieciówkę z pączkami i postanowiliśmy sprawdzić, czy amerykańskie pączki są lepsze niż polskie. Nie bójcie się, nie są! Za 6 pączków zapłaciliśmy 6 dolarów.

DZIEŃ CZWARTY 11.03 (KENNEDY SPACE CENTER)          

Dwudniowy pobyt w hotelu na Cocoa Beach kosztował nas 342 dolary. W cenie śniadania, czyli gofry i serek Philadelphia 😊 Z rana ruszyliśmy do Kennedy Space Center, czyli centrum kontroli lotów kosmicznych NASA, a może inaczej, centrum uruchamiania lotów kosmicznych, bo centrum dowodzenia znajduje się w Houston. Jak zwykle byliśmy pierwsi. Przed wejściem wysłuchaliśmy hymnu amerykańskiego, który zabrzmiał przed otwarciem głównego wejścia. Koszt biletów dla naszej rodziny wyniósł 240 dolarów. Miejsce świetne do zwiedzania, niezależnie czy interesujecie się NASA, lotami kosmicznymi czy nie. Na własnej skórze przeżyliśmy symulację startu rakiety, szczegółowo obejrzeliśmy materiały związane z misjami Gemini 9, Apollo 7, Apollo 8, Apollo 11, Atlantis, czy nowymi projektami Artemis. Nie nudziliśmy się ani przez chwilę podczas 6 godzinnego pobytu.

Kennedy Space Center
Kawałek księżyca na ziemi
Byliśmy przygotowani koszulkowo

Zmęczeni i głodni, na koniec dnia udaliśmy się do sieci Taco Bell, który serwuje meksykańskie jedzenie. Jakość tego fast fooda pozostawia wiele do życzenia, ale brzuchy były pełne. Wieczorem chillowaliśmy się przy hotelowym basenie, ciesząc się, że możemy spełniać nasze marzenia.

DZIEŃ CZWARTY 11.03, GODZINA 21:00 (WYSTĄPIENIE DONALDA TRUMPA)

Wakacyjny nastrój skończył się wraz z wystąpieniem Donalda Trumpa, transmitowanym na żywo przez wszystkie telewizje w USA, w którym to prezydent zamknął możliwość wjechania do Stanów Zjednoczonych wszystkim Europejczykom (oprócz obywateli UK) od nadchodzącego weekendu. Wystąpienie trwało nie dłużej niż 5 minut, ale zmieniło ono wszystko. W tym samym momencie dowiedziałem się, ze koszykarze Utah Jazz i Oklahomy City Thunder w lidze NBA, zeszli z parkietu z powodu wykrycia koronawirusa u jednego z graczy Utah. Przeczytałem też, że zarażony jest Tom Hanks. Wiedziałem, że sytuacja robi się poważna i że z godziny na godzinę będzie jeszcze gorzej. Co niektórzy w Polsce starali się mnie pocieszać: „Przecież Trump zamknął granicę wjazdu, a nie wyjazdu” – mówili. Helloł! Samoloty nie latają w jedną stronę. Była godzina 22:00, czyli w Polsce 3:00 w nocy. Jak wiecie, o tej porze już dawno spaliśmy, a teraz musieliśmy wytężyć nasze umysły na 100%, aby coś wymyślić.

Zaczęliśmy z Agą rozważać… przecież mamy samolot powrotny na 18.03. No tak, jeszcze mamy. Ale przeczucie mówiło nam, że on nie wyleci. Przecież to samoloty rejsowe, musiałby na nas czekać od piątku do środy. Może PLL LOT podstawią samolot innej linii? Też takie rozwiązanie wchodziło w rachubę. Wiedzieliśmy już, że nie spełnimy największego marzenia mojego i Mikołaja – nie obejrzymy meczu NBA. Mieliśmy bilety na mecz dnia następnego Orlando Magic  – Chicago Bulls, ale sezon właśnie został zawieszony. Agnieszka ma też rodzinę w Chicago, mieliśmy możliwość ulokowania się u wujka i cioci w wietrznym mieście, ale to przecież ponad 2000 km od miejsca naszego pobytu! Najbardziej zaczęliśmy się martwić, o to, że to my możemy się zarazić od kogoś wirusem. Zostaniemy poddani leczeniu, kwarantannie…ale czy nasze ubezpieczenie to pokryje? Co z naszymi dziećmi? Zostałyby zabrane nie wiadomo gdzie i przeżyłyby największą traumę w swoim życiu. Nie mogliśmy pozwolić na taki scenariusz. Nie zważając na nic, tylko na chęć jak najszybszego powrotu do Polski, zaczęliśmy dzwonić na infolinię PLL LOT, próbując uzyskać jakąkolwiek informację. Bezskutecznie. OK, szukamy lotu zastępczego. Lot na piątek z Miami do Warszawy 17000 zł (siedemnaście tysięcy, lol) od osoby. Tyle nie mamy. Szukamy dalej. Poprzez www.skyscanner.pl znajdujemy lot do Warszawy z przesiadką w Rosji. O Panie! Jak tam ugrzęźniemy, to koniec. Szukamy dalej…Lot Virgin Atlantic z Miami do Londynu, za 6100 zł za naszą rodzinę…bierzemy! Następnie naszymi kochanymi liniami PLL LOT z Heathrow do Warszawy za jedyne 1600 zł…bierzemy! Dokonuję rezerwacji skrajnie wyczerpany emocjonalnie, w stanie paniki.

DZIEŃ PIĄTY 12.03 (ORLANDO, GATORLAND, DISNEYSPRINGS, NBA EXPERIENCE)

W grobowych nastrojach ruszamy w stronę Orlando, tam mamy też zaklepany nocleg i wykupione bilety do Gatorlandu, parku z aligatorami, za które zapłaciliśmy 88 dolarów. Jak zwykle jesteśmy pierwsi. Spędzamy w nim dwie godziny, obserwując życie dzikich zwierząt.

Następnie udajemy się pod halę Orlando Magic, gdzie próbujemy odzyskać pieniądze za odwołany mecz, ale nie udaje się nam ta operacja. W niewielkim sklepie w hali Orlando, na pocieszenie kupujemy spodenki koszykarskie dla Mikołaja…                                                                                                                                                                         

Gatorland
Flamingi w Gatorland
Przed halą Orlando Magic

Jeżeli w tym momencie zadajecie sobie pytanie czy w Stanach Zjednoczonych odczuwalny był koronawirus, to musicie wiedzieć, że nie. Nikt nie panikował, nikt nie nosił maseczek ani rękawiczek ochronnych. Wszędzie natomiast dostępne były Hand Sanitizery, gdzie można było oczyścić ręce z zarazków. Amerykanie zdawali sobie najwidoczniej sprawę z zagrożenia, nie panikując jednak w sytuacji w której się znaleźli. My myliśmy ręce średnio co 15 minut, uważając kto idzie za nami, przed nami i czy przypadkiem nie ma jakiś objawów choroby.

Postanowiliśmy w jakiś sposób zrekompensować sobie odwołanie meczu NBA i pojechaliśmy do wioski Disney, Disney Springs, gdzie była cała masa sklepów i restauracji. Ale także nowa atrakcja Disney’a, czyli NBA Experience. To gratka dla każdego fana NBA, gdzie można się sprawdzić w kilku fajnych konkurencjach koszykarskich i poczuć ducha najlepszej ligi świata. Mikołaj był zachwycony. Za dwa bilety zapłaciliśmy 69 dolarów.

Przed wjazdem do świata Disneya
NBA Experience

Kolejna wizyta w Taco Bell, bo było nam już wszystko jedno co jemy. W międzyczasie otrzymujemy maila z PLL LOT, że nasz samolot będzie startował z Chicago, a nie z Miami dnia 18.03. Żart? Gdybyśmy nie mieli wykupionej opcji alternatywnej, mielibyśmy się przemieścić 2000 km na własny koszt, aby móc wrócić do Polski. Pomyśleliśmy sobie w tym momencie, że przynajmniej mamy jakąś drugą opcję powrotu do kraju, gdyby nie udało nam się wsiąść do samolotu Virgin Atlantic.

Wieczorem zameldowaliśmy się w hotelu Quality Inn & Suites Downtown Orlando, który okazał się mało urokliwą speluną za 111 dolarów za noc. W pokoju śmierdziało petami, podłoga była tak brudna, że aż lepka, a dwie pary drzwi dalej trwała dwugodzinna awantura. Czekałem tylko, aż ktoś do kogoś wystrzeli z broni…

W trakcie tej awantury uświadomiłem sobie jedną rzecz… w trakcie rezerwacji lotów do Londynu i tego drugiego z Londynu do Warszawy, zapomniałem wpisać drugiego nazwiska Agnieszki do rezerwacji. Autentycznie opadłem z sił. Stwierdziłem, że jeżeli przez ten przypadek, Aga nie wsiądzie do samolotu, to ja sobie nigdy tego nie wybaczę. Popłynęły łzy. Znów łapię za telefon i dzwonię do Virgin i do Lotu, jak zwykle bezskutecznie. Pomyślałem sobie, że być może ludzkość ma większe problemy niż brak drugiego nazwiska na bilecie.

DZIEŃ SZÓSTY 13.03 (POWRÓT DO MIAMI, CORAL GABLES, DOLPHIN MALL)

Z hotelu uciekliśmy, jak jeszcze było ciemno. Przed południem byliśmy już w Miami. Temperatura sięgała 31 stopni. Był piątek, trzynastego. Nie chcieliśmy kusić losu i oddalać się daleko od lotniska, dlatego zdecydowaliśmy się pojechać do dzielnicy Coral Gables, gdzie bardzo nam się podobało i gdzie spędziliśmy czas, spacerując około dwie godziny.

Spacer po Coral Gables

Następnie podjechaliśmy na pobliski basen Venetian Pool, zobaczyć jak wygląda z bliska słynny basen w zupełnie innym stylu niż nasze baseny. No i był zupełnie inny! Przede wszystkim był bez wody i zamknięty!

Nieczynny basen Venetian Pool

Mając jeszcze kilka godzin wolnego czasu, pojechaliśmy do outletu Dolphin Mall, gdzie na ogromnej powierzchni można było znaleźć setki sklepów. My odwiedziliśmy raptem kilka, Nike, Adidas oraz Converse. Udało mi się zakupić trampki Converse ze wzorem Batmana w cenie 54 dolarów.

Bohaterskie trampki

Nasze kolejne dni, mieliśmy spędzić w zachodniej części Florydy, między innymi spędzając dwie noce w Sarasocie oraz odwiedzając Sanibel Island. Końcówkę urlopu mieliśmy spędzić na South Beach w Miami, typowo już relaksując się na basenie i plaży. Napisałem maila do hoteli w Sarasocie oraz w Miami, z informacją, że z racji stanu wyjątkowego odmawiamy rezerwację, jednocześnie prosząc o zwrot kwoty zapłaconej (były to oferty bezzwrotowe, ale zawsze warto spróbować zwłaszcza w takich, a nie innych okolicznościach.  Hotel Knights Inn Sarasota Bradenton Airport od razu odpisał, że opłata zostanie zwrócona w całości, za co bardzo dziękuję. Natomiast Hotel Generator Miami South Beach nie odpisał do tej pory.

Udaliśmy się na lotnisko, drogę znałem na pamięć, jeździłem kilka dni wcześniej 50 minut z Glorią wokół lotniska kilka razy 😊 Oddaliśmy Dogde’a do wypożyczalni. Pani nie była zdziwiona, że oddajemy auto wcześniej, od razu kazała się skierować do punktu Alamo, po zwrot pieniędzy za niewykorzystany okres. To bardzo ładny gest z ich strony. Nie wiem jak inne firmy się zachowały w takim momencie, ale Alamo pokazało klasę. Na lotnisku bolał mnie brzuch, denerwowałem się, że możemy mieć problem z uzyskaniem biletów na lot do Londynu w związku z brakiem nazwiska Agnieszki na rezerwacji. Był piątek wieczór, trzynastego. Właśnie się dowiedzieliśmy, że premier Morawiecki zamyka polskie granice od niedzieli, a każdy kto znajdzie się na terenie Polski od niedzieli zostanie poddany obowiązkowej kwarantannie. Doszło do nas, że PLL LOT nie wylecą 18.03 ani z Miami, ani z Chicago…Cóż za fart, cóż za szczęście! Podjęliśmy jedną z najważniejszych decyzji w życiu i być może uda nam się wrócić do domu.

Kiedy staliśmy w kolejce do kontroli bezpieczeństwa, mieliśmy bilety na upragniony lot, stała się rzecz jednocześnie zabawna i straszna. Pamiętacie zapas wody z Walmarta? Mieliśmy kilka małych butelek przy sobie i stojąc w kolejce postanowiliśmy je wypić. Nasz mały Mikołaj przechylił butlę i wypił na raz pół litra wody. Po dwóch minutach ogłosił, że zaraz zwymiotuje i pęka mu żołądek. Kulił się, miał łzy w oczach i bekał. Wiecie co by się stało, gdyby puścił pawia w wielkiej kolejce w obliczu paniki koronawirusa? To były naprawdę gorące 4 minuty…

DZIEŃ SZÓSTY 13.03 (LOT MIAMI – LONDYN HEATHROW)

Lot brytyjskimi liniami odbył się punktualnie. Podczas lotu podano nam dwa posiłki. Nikt z pasażerów nie nosił na sobie masek, ani rękawiczek. Nikt załogi również nie był wyposażony w lekarskie atrybuty. Wylądowaliśmy na Heathrow 14.03 o godzinie 7:05 lokalnego czasu.

DZIEŃ SIÓDMY 14.03 (LOT LONDYN – WARSZAWA I POWRÓT DO DOMU)

O 10:25 planowany był nasz wylot do Warszawy. Wielka Brytania nie jest już w Unii Europejskiej, musieliśmy więc przejść kontrolę paszportową, odebrać bagaże i udać się do innego terminalu, gdzie startować miał samolot LOT-u. Kontrola paszportowa przebiegła sprawnie, kilka pytań o nasz pobyt w USA, poza tym bez większego zainteresowania naszymi postaciami. Odprawa na lot do Polski miała miejsce około godziny 9:00. Czekaliśmy więc pod wyznaczoną bramką na nasz samolot. O godzinie 10:15, czyli 10 minut przed planowanym odlotem, otrzymaliśmy informację, że lot jest opóźniony z powodu czyszczenia maszyny. O godzinie 11:30 nastąpiła kolejna informacja głosowa, w której dowiedzieliśmy się, ze lot jest opóźniony ze względów operacyjnych i że nie wiadomo jak długo to potrwa, ale samolot na pewno wyleci, bo jest to ostatni przewidziany samolot do Warszawy. O godzinie 13:15 zostaliśmy w końcu przewiezieni autobusem pod samolot. Przy kierowcy autobusu stała odgrodzona od nas taśmą młoda dziewczyna w maseczce. Została wyprowadzona jako jedyna z autobusu i wprowadzona do Boeinga. Po 5 minutach pozostali pasażerowie opuścili autobus.. Cała załoga samolotu, w tym piloci – w maseczkach i rękawiczkach. Około godziny 14:00 środek transportu był niby gotowy do drogi, a tu nagle dwie stewardessy podchodzą do wspomnianej wcześniej dziewczyny w maseczce i w języku angielskim kazały jej wysiąść. Dziewczyna chwyciła plecak i wyszła. Kim była ta tajemnicza osoba? O co chodziło w tej sytuacji? Czy samolot był opóźniony z jej powodu? Tego nie wiem. Wystartowaliśmy zaraz po tym incydencie. Po godzinie stewardessy rozdały wszystkich pasażerom karty informacyjne, w których trzeba było podać miejsce stałego pobytu, kierunek z którego się wracało itd. Po wypełnieniu ankiet, stewardessy zaczęły wszystkim pasażerom…mierzyć temperaturę bezdotykowym termometrem 😊. Ja miałem chyba najlepszy wynik w samolocie, bo 36.2 stopni Celsjusza. Nikt z moich członków rodziny nie miał więcej niż 36.7 stopni Celsjusza.

Lot Londyn – Warszawa

Po wylądowaniu mieliśmy pozostać na swoich miejscach. Coś się święci – pomyślałem. No i faktycznie, za chwilę kilku umundurowanych żołnierzy wkroczyło do samolotu, zaczęło zbierać wypełnione kwestionariusze i wyrywkowo mierzyć temperaturę niektórym pasażerom.

Wojsko w samolocie

Odebraliśmy bagaże z lotniska, które w tym momencie było już praktycznie puste. Następnie udaliśmy się po nasze auto i pojechaliśmy prosto do domu. Własna kanapa okazała się najlepszym co mogło nas spotkać w tym momencie.

Podsumowując całą historię, to jestem mega z siebie zadowolony, że udało mi się podjąć bardzo trudną, ale jakże istotną decyzję w krytycznym momencie. Dzięki niej jesteśmy w domu, a nie w obcym kraju, bez konkretnego terminu powrotu.

Będąc osobą odpowiedzialną, nie ruszam się z domu bez potrzeby. Apeluję do Was o podobne zachowanie. Mam również nadzieję, że ten tekst przyda się osobom planującym swój wyjazd do USA za jakiś czas, kiedy sytuacja się unormuje. Bo Stany Zjednoczone nie są krainą mlekiem, ani miodem płynącą, tym bardziej tanią, ale na pewno są krainą wartą odwiedzenia.

P.S. 15.03 PLL LOT skontaktowały się ze mną telefonicznie, poinformowałem, że jestem już w Polsce i nie potrzebujemy pomocy z ich strony.

Jeżeli ktoś z Was ma więcej pytań dotyczących USA, czy innych pytań związanych z tym tekstem, zapraszam do zadawania ich mailowo: djglosny@gmail.com

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *