Wspomnienia z imprez – moje TOP 10

Spośród setek imprez, które prowadziłem, wiele pozostało w mojej pamięci. Niektóre, nie ze względu na gorącą atmosferę na parkiecie, ale na przykład ze względu na upalną atmosferę w sali bez klimatyzacji :) Poniżej, mój subiektywny ranking imprez, które utkwiły w mej głowie głębiej niż pozostałe :) Miłego czytania!

1. W roku 2012 dosyć szybko zostaliśmy zakontraktowani jako „dodatkowa obsługa muzyczna” Sylwestra dla niemieckich Gości w Kołobrzegu, w hotelu Arka Medical SPA. Pośredniczyła w tym jedna ze szczecińskich agencji eventowych. Dlaczego dodatkowa obsługa muzyczna? Ponieważ główne skrzypce miał grać 5 osobowy zespół, a my mieliśmy zabawiać Gości w trakcie ich przerw. Właściciel agencji eventowej podpisał z nami umowę do godziny 2:00, twierdząc, że to i tak za dużo, ponieważ organizując tu imprezy sylwestrowe od wielu lat, kończą się one zawsze przed godziną 1:00. Coś mi tu nie grało, ale póki co nie zadawałem pytań. Piękny hotel, cudownie przystrojona sala, niemieccy Goście w wieku 60 +, no dobra to zaczynamy. W naszej gestii było powitanie wszystkich i zapraszanie do stołów. Zespół prezentował się znakomicie, dwa wokale, męski i damski, perkusja. Zaczęli od Abby i Tiny Turner. Bardzo mi się podobało. Chciałbym taki zespół na swoim weselu! – pomyślałem. Ale jakoś niemieccy Goście nie podzielali mojego entuzjazmu. Narzekali na hałas, na świecące ze sceny lampy i nie byli skorzy do tańców. Po jakiś 30 minutach, przejęliśmy pałeczkę, no i się zaczęło… Tłum pojawił się na parkiecie, graliśmy niemieckie przeboje. Trochę się na tym znam, bo moja Babcia spędziła więcej niż połowę życia u naszych zachodnich sąsiadów i co roku mnie „katowała” Andreą Jurgens i Roberto Blanco. Najbardziej szkoda mi było tego zespołu, bo naprawdę grali cudownie. Z biegiem czasu ich sety były coraz krótsze, a nasze coraz dłuższe. O godzinie 2:00 mieliśmy wciąż pełny parkiet i wówczas pojawił się właściciel agencji, prosząc nas o przedłużenie imprezy. Nie chciał jednak dopłacić ani grosza. Postanowił puszczać muzykę z pendrive’a, na laptopie. Otrzymaliśmy wiele oklasków, prezentów, a przede wszystkim miłych słów. Następnego dnia, szczęśliwie wróciliśmy do Wrocławia.

2. Wesele Hanii i Dawida odbyło się w czerwcu 2013 roku i zapamiętałem je z powodu…Pana Młodego.  Dawid na spotkaniu zapoznawczym dosyć jasno naprecyzował mi zasady, które będą obowiązywać na ich weselu. Bez pierwszego toastu, bez przyśpiewek, bez polskiej muzyki, a w ogóle muzyka to tylko dodatek… Pomyślałem sobie, że łatwego zadania to ja nie będę miał. Kiedy Goście weszli na salę i poczęstowani zostali lampką szampana, przeanalizowałem w głowie szybko jeszcze raz i….wzniosłem toast za zdrowie Młodej Pary. Weselnicy nie szczędzili gardeł, więc zapowiadało się całkiem fajnie. Z niepokojem popatrzyłem na Dawida, ale jego mina nie zdradzała nic. Gdy Goście siedzieli już przy stołach podszedł do mnie i ….podziękował mi za ten toast oraz poprosił o więcej. Młoda Para szybko nabrała wiatru w żagle i spędzała wiele czasu na parkiecie, a co dziwne, najchętniej przy polskiej muzyce (oprócz Bryana Adamsa rzecz jasna :)). Gdy pakowałem graty i było już bardzo widno, a ekipa Pana Młodego wciąż podziwiała uroki krajobrazu, Dawid wielokrotnie mi dziękował i jak to stwierdził „nie wiem co mi wtedy odpaliło, ale extra że zrobiłeś to po swojemu”. To jest zawsze dylemat DJ’a, czy ma się bezkompromisowo słuchać Młodej Pary czy jednak, gdy sytuacja tego wymaga, wykazać się inicjatywą i nagiąć wcześniejsze ustalenia. Sprawa o tyle delikatna, że potem możesz „zarobić” negatywnym komentarzem w internecie. Na szczęście, w tym wypadku, warto było zaryzykować.

3. Z wielu wesel międzynarodowych, które poprowadziłem, najbardziej lubię te polsko – amerykańskie. A oto historia jednego z nich. Agnieszka i Tom, to para na co dzień mieszkająca w UK, ale Pan Młody przybył do Europy prawie z Dzikiego Zachodu. Było kilka ustaleń przed weselem, ale generalnie mieliśmy z Bartkiem wolną rękę i pełne zaufanie. Zawsze twierdzę, że o sukcesie wesela decydują w 50% Goście, w 25% Para Młoda, a w pozostałych procentach obsługa muzyczna, która ma za zadanie reagować na wydarzenia i korygować muzycznie swoje poczynania. Powiem tak: tego dnia wszystko zagrało, mimo tego, że generalnie trudniej integrować Gości z różnych krain świata. Wesele zostało przedłużone o dwie godziny i była chętka na kolejne, ale byliśmy już exhausted.

4. Wesele Małgosii i Jasona przeszło do historii z dwóch powodów, a może nawet trzech. Było tego dnia piekielnie gorąco, a sala na której odbywało się wesele nie miała klimatyzacji. W pewnym momencie Pan Młody podszedł do mnie i wykręcił mokrą kamizelkę, którą miał na sobie. Ale był jeszcze jeden powód: świadkiem Pana Młodego był pierwszy manager The Prodigy. Fakt faktem dosyć szybko opuścił imprezę, ale można było liczyć na niezapomniane muzyczne doznania. Jakim wielkim rarytasem było dla mnie wrócić do lat 80 i 90 i do old school’owej muzyki Shannon, Evelyn King, Lisa Lisa and cult jam, no i oczywiście The Prodigy.

5. Angelikę poznałem dość nietypowo, bo w Londynie. Akurat przebywałem tam na wakacjach, a ona zadzwoniła w poszukiwaniu oprawy muzycznej swojego wesela. I tak spotkaliśmy się na kawie w Wandsworth Centre i podpisaliśmy umowę. Minęło trochę czasu i ponownie spotkaliśmy się na ich weselu we Wrocławiu. Bim pochodzi z Nigerii, więc Goście z jego strony byli ubrani w narodowe stroje. Piękne złoto-purpurowe kreacje wyróżniały się z tłumu. Specjalnie wyselekcjonowany repertuar dla Gości z zagranicy, spotkał się z ogromnym entuzjazmem. Niektórzy Gości podchodzili i zostawiali dolary amerykańskie w podzięce na naszej konsolecie  Z dolarami wiąże się również inna historia. W pewnym momencie, Bim został wyciągnięty na parkiet przez swoją rodzinę, za chwilę dołączyła Angelika i nagle wszyscy zagraniczni weselnicy zaczęli ich obsypywać tymi dolarami, wkładając do każdej wolnej kieszonki zwój banknotów. Ten „rytuał” miał przynieść pomyślność i szczęście Młodej Parze i zapewne tak jest! Wydarzeniem był również występ polskiego zespołu folklorystycznego, który przybliżył naszą kulturę Gościom z Nigerii.

6. Ania i Nikita to pierwsza para niepolskojęzyczna dla której poprowadziliśmy wesele. Oboje pochodzą z Rosji, a na co dzień mieszkają w Berlinie. Zdecydowali się na wesele w Polsce, bo znaleźli odpowiadające im miejsce właśnie tutaj. Nie było więc żadnego polskiego Gościa. Jeżeli myślicie, że były jakiekolwiek podobieństwa do rosyjskich wesel, które znacie z youtube, to jesteście w wielkim błędzie. Pod względem dbałości o szczegóły, dekoracji, pomysłowości Młodej Pary, to było to jedno z najpiękniejszych wesel, jakie prowadziliśmy. Razem z Bartkiem na prośbę świadków zajęliśmy się licytacją śmiesznych przedmiotów i uzbieraliśmy całkiem pokaźną sumkę, którą przekazaliśmy oczywiście Młodej Parze.

7. Jesienią 2014 roku wybraliśmy się do Łodzi, aby weselić Karolinę i Matthiasa. Pan Młody to rodowity Szwajcar i właśnie w tym pięknym kraju Młoda Para układa sobie życie. To wesele zapamiętałem, ze względu na niesamowitą energię WSZYSTKICH Gości weselnych. Zawsze znajdzie się jedna para lub dwie, która przyszła posiedzieć i coś zjeść, ale tutaj nie było takich osób. Bloki muzyczne praktycznie nie miały końca. Integracja Gości polskich i szwajcarskich nastąpiła niebywale szybko. Szwajcarzy wznosili swoje przyśpiewki, co chwilę wymyślali „narodowe: atrakcje, które z entuzjazmem były przyjmowane przez polskich Gości. Czuli się jak u siebie w domu…. a to zaszczyt.

8. Wesele Justyny i Sama też było specyficzne z kilku względów. Pierwszy raz zdarzyło mi się, aby Pan Młody tańczył pierwszy taniec w krótkich spodenkach i japonkach. Jak się domyślacie, można było dostrzec co u niektórych szok i niedowierzanie w oczach. Jedną z atrakcji, był wspólny rejs biesiadników po Odrze. Ja i mój bezprzewodowy głośnik znaleźliśmy się na statku i właśnie tam zacząłem rozkręcać imprezę. Co do krótkich spodenek, to pojawiło się ich w między czasie więcej. I powiem Wam szczerze, że było to spójne z miejscem, gdzie odbywało się wesele…hotel znajduje się przy przystani i plaży :) Jak to często bywa z angielskimi Gośćmi, cały czas byli „appreciated” i pod wrażeniem, tego co się dzieje na polskich weselach. Z drugiej strony nie było zaś wcale tak tradycyjnie, bo naszym zadaniem było wytworzenie niekrępującej atmosfery dla wszystkich, dlatego też występowały również elementy znane z angielskich wesel.

9. Samanthę i Tomasza nie da się zapomnieć, z bardzo wielu względów. Ta Amerykanka, która dzieciństwo spędziła w Belgii i Niemczech, a obecnie mieszka z Tomkiem w UK, miała swoją wizję wesela i za nic nie chciała słuchać innych. Ale to tylko na początku. Zaufała nam i razem odpaliliśmy najbardziej gorące wesele 2015 roku, a dokładnie 04.07, w Dzień Amerykańskiej Niepodległości. Przyjęcie zostało utrzymane w stylu „Wielkiego Gatsby”. Goście z całego świata utrzymali konwencję w strojach. Mieliśmy fantastyczny, wręcz bajkowy pokaz fajerwerków, saksofonistę na scenie, pokazy tańców, fotobudkę, a w tak zwanej „reception hour”, przygrywał nam wyśmienity jazzowy zespół, melodiami wprost z Nowego Orleanu. Rozpoczęliśmy muzyką z lat 20 ubiegłego wieku i z biegiem czasu przenosiliśmy się coraz bliżej lat współczesnych. Po północy dominowały już hity z list przebojów, a o godzinie 5:00 parkiet wciąż był pełny. Aby odnieść taki sukces, spędziliśmy wiele godzin na Skype, napisaliśmy wiele harmonogramów i wysłuchaliśmy wiele wniosków Samanthy. Bo pokora i cierpliwość to również istotne elementy naszej działalności.

10. Przyjęcie weselne Ireny i Pawła nie zapowiadało się na jakieś szczególne, a jednak takim było. To jedno z tych wesel, gdy idziesz na przerwę, a Goście skandują „DJ, DJ”. To także niezapomniane chwile ze „Świrusami”. To tańce z krzesłami i na krzesłach, to złamana nogi Ady. Ciągle coś się działo, a następnego dnia podczas poprawin….było zupełnie tak samo. Podziwiam za energię i pozytywne nastawienie do życia wszystkich Gości. Nie zabrakło również podziękowań od Mamy Pawła, która miała obawy co do DJ’a (bardzo często słyszę takie słowa). Spędziłem dwa fascynujące dni w rewelacyjnym gronie!

A jaka będzie Wasza impreza?